Akumulatory i przemysł
Niewiele ich zostało, bo tylko jedno małe opakowanie herbatników, ale dobre i tyle. Wypili osiem litrów soczków, zjedli mega opakowanie krakersów, jedne biszkopty, cztery serki homogenizowane, cztery kabanoski, chrupki kukurydziane, chipsy, dziesięć lizaków i sześć bananów i to wszystko w pół dnia. Nerwik miałam straszny, niczym wypalarki plazmowe w lesie zalegające. Akumulatory bez sensu był ten wyjazd. Wydawał mi się taki pusty, bez emocji. A może jednak z emocjami tylko niekoniecznie pozytywnymi. Takie to jakieś inne miało być, a nie układało się po naszemu. Środek pustkowia, diabeł dobranoc mówi i nas dwoje z dzieckiem, które nie chodzi samo. Coś okropnego, wszędzie mrówki wielkości jednego centymetra, które jak się przez sekundę stało w miejscu obchodziły człowieka ze wszystkich stron. Pioruńsko właziły na człowieka. I jak tu postawić dziecko na ziemi? Kiedy już się odważyłam to trzeba było go ciągle prowadzać za rękę i to w tym kierunku co on sam chciał, czyli najczęściej w stronę rzeki zimnej jak biegun północny lub to mrowisk wielkich jak kopiec dinozaura. Ograniczało to mój wypoczynek jak diabli. W połowie pierwszego dnia byłam pewna, że kolejnego z samego rana, wsiadam w auto i wyjeżdżam stąd. W prawdzie nie wiedziałam jak, bo jedyny sprawny kierowca to mój mąż, który ani myślał wybrać się do domu. Po pierwsze był już po paru piwach, a po drugie fajnie się bawił. W sumie to nie dziwie mu się. Telka rusztowania rozłożył się na hamaku, piwsko w ręku, potem spływ kajakowy po rzece na pontonie, opalanie na leżaku i pieczenie kiełbasek. A ja non stop z dzieckiem na ręku. Osiem i pół kilo żywej wagi, chcące chodzić i w prawo i w lewo. Nie wiedziałam, co mu już wymyślać, a po godzinie byłam zmęczona jak flaki wieprzowe w mrożonej kostce lub hipopotam po wejściu na górę Trzech Krzyży. Mój akumulator był w zupełności na totalnym wyczerpaniu. I tak długo się trzymałam. Przecinarki plazmowe do samego wieczora. Wtedy powiedziałam mężowi, że natychmiast chce wracać do domu. Oczy w słup postawił, że takie coś mi przez głowę przeszło. Ale jak zaczęłam mu tłumaczyć, dlaczego jest taka moja decyzja to zmiękł trochę i zobowiązał się, że cały kolejny dzień on małym się będzie opiekował. Widziałam małe światełko w tunelu. Obiecał niby, ale wiedziałam, że te jego obietnicę są jak chorągiewka na wietrze i zmienne będą od humoru. Jednak gdy rano wstałam, zadziwił mnie, bo od razu wziął małego na nocnik, nakarmił i poszedł na spacer, a ja leżałam w łóżku do dwunastej.